W związku z beznadziejnością idei pisania na blogu, opowiadanie znajduje się obecnie pod nowym adresem:
www.zazakretem.rox.pl
I tam zapraszam na kolejne odcinki i wiele innych bajerów. Blog czeka na skasowanie...
N'Joy.
3. „Z czym je się Touge?”
- Tu Góra, Góra do Dołu, słyszycie mnie? – pytał chłopak odpowiedzialny za „czystość” trasy.
- Tu Dół, słyszymy cię, Góra. – odpowiedział trzeszcząc głos z radia.
- Możemy puszczać kolejnych zawodników?
- Nie, Góra. Jakiś czas temu na trasę wjechało cywilne auto, powinno zaraz u was być. – odpowiedziała „czujka” na dole.
- OK, czekamy.
- Ta Calibra to model z silnikiem C20XE, nie powinno być z nią większych problemów – mówił tymczasem Mateusz do kumpla, siedzącego już w swoim Nissanie i rozgrzewającego silnik.
- Nic mi nie mówi C20XE. O co chodzi? – Robert był dostatecznie zestresowany zbliżającym się wyścigiem, by jeszcze rozgryzać zagadki literowe.
- C20XE to oznaczenie silnika. Jednostka ma dwa litry pojemności, dwa wałki rozrządu i około 150 koni. Do setki przyśpiesza w trochę ponad osiem sekund, więc nieco wolniej niż 200SX. Gorzej, że to silnik NA…
- Co ku**a? – Robert zdecydowanie nie był w nastroju do rozpracowywania skrótów.
- Naturally Aspired. Bez żadnych turbosprężarek, kompresorów i innych tego typu rzeczy. Ty masz pod maską turbinę, więc całą moc osiągniesz dopiero na wysokich obrotach silnika. On całą mocą dysponuje w każdej chwili. Na dodatek, turbo potrzebuje chwili do „rozruszania”. Tyle w teorii, cholernie okrojonej, ale więcej czasu nie mamy. Najważniejsze, żebyś cały czas trzymał silnik na wysokich obrotach. Ta wskazówka – Mateusz wskazał palcem na mały wskaźnik turbo – musi być cały czas na górze. Teraz jeszcze…
Na prostej prowadzącej do szczytu Przełęczy pojawiły się dwa światła.
- Jedzie cywil! – krzyknął ktoś z dalszej części widowni.
- …kur*a, zaraz będziesz ruszać. Jeszcze tylko o touge, słuchaj uważnie… - kontynuował Mateusz.
- Cały kur*a czas słucham uważnie, ale używaj psiamać prostszego języka! – odpalił Robert.
- Fuck. Touge to po japońsku „przełęcz”. Określenie na wyścigi górskie. Ale ch*j z tym. Jeżeli weźmiesz przód…
- Hm?
- Jak uda ci się być przed Calibrą na pierwszym zakręcie, to wyścig jest już praktycznie twój. Wystarczy, że będziesz się trzymał wewnętrznej strony drogi, nie spanikujesz i nie rozbijesz się. No i uważaj na zakrętach, nie przesadzaj z driftem. I hamuj delikatnie, bo ważny jest stan opon…
- To jest przecież kilka kilometrów, opony nie zdążą… - zaczął Robert.
- Przy tym stylu jazdy, prędkościach i takim pokonywaniu zakrętów, opony grzeją się i zużywają diablo szybko. Im wóz cięższy, tym bardziej. 200SX nie jest bardzo ciężkie, ale jadąc zbyt ostro możesz pod koniec odczuwać większe znoszenie i ślizganie. Weź na to poprawkę. Gorzej, jak to Calibra weźmie przód…
- Góra, tu Dół, droga jest czysta, żaden pojazd nie wjechał na Serpentyny. Jak macie czysto, to możecie ich puszczać.
- OK, Dół. Cywil właśnie przejechał, będziemy ich startować.
- … szlag. Już ruszasz. OK, jak weźmiesz tył, to po prostu czekaj na okazję. Będziesz szybszy na prostych, a jego przedni napęd będzie go ściągał do zewnętrznej na zakrętach. Opanuj tylko poślizgi, a go wyprzedzisz. Na prostej, o ile nie uda mu się zablokować, albo na zakręcie, jak go wyniesie. I nie przesadzaj z prędkością, bo w downhill zakręty…
- Wiem – przerwał Robert – trudniej się kręci. Trenowałem przez ostatni tydzień, dam radę. Dzięki za wskazówki…
- Kierowcy, na miejsca! – ryknął jeden z zajmujących się wyścigami.
Calibra powoli ruszyła i ustawiła się na wyznaczonej kredą linii startu. Dres wybrał lewy pas jezdni. Ścigał się raptem kilka razy, ale wiedział, że pierwszy zakręt po ponad stumetrowej prostej jest w lewo. Będzie więc od razu po wewnętrznej stronie toru, a ten japoński gniot nie powinien przecież mieć lepszego przyśpieszenia od jego dwulitrowej Cali…
Robert wrzucił jedynkę i powoli przejechał na linię startu. Adrenalina sięgała szczytu, a szum w głowie, tak uciążliwy, nagle ustąpił. Był w pełni skoncentrowany. Czuł, że wygra. Musiał wygrać.
Obcasy stuknęły o asfalt. Blondwłosa piękność (w odczuciu Roberta, dresa i wszystkich zgromadzonych) lub też zbyt silnie umalowana blachara (w odczuciu Mateusza) stanęła metr przed pojazdami. Rzuciła okiem na oba pojazdy i uśmiechnęła się do właściciela Nissana. Na ten widok, kark wdusił gaz do oporu, robiąc silnikowi „pełną przegazówkę”…
I wtedy Mateusz usłyszał coś ważnego. Silnik wyraźnie, metalicznie charczał w najwyższej partii obrotów. Wsłuchawszy się, wyczuł w grze motoru pewną nierówność. Może i było to dwulitrowe DOHC – ale w wyraźnie złym stanie technicznym. System zasilania? Świece? Nie potrafił tego określić stojąc kilka metrów od auta, ale silnik na pewno nie dysponował pełną mocą. Na dodatek te spoilery musiały swoje ważyć… seryjna Calibra na pewno była by szybsza od tego (jego zdaniem – zwieśniaczonego) egzemplarza.
Robert napawał się chwilą. Odziana w krótką, obcisłą spódniczkę panna wyraźnie się do niego uśmiechnęła. Do niego, a nie do karka w Calibrze. Pochłaniał wzrokiem każdy jej ruch. Delikatne kołysanie biodrami. Lekkie napięcie mięśni na odsłoniętym (niezwykle seksownym) brzuchu. Czerwone usta wypowiadające słowa…
- Do startu!
… wznoszenie do góry ślicznych dłoni, ze słowami…
- Gotowi!
… i ich opadanie, szybkie i energiczne, któremu towarzyszyły słowa…
- Start!
Calibra z rykiem silnika wystrzeliła do przodu.
- Nosz ku**a, ch**u, jedź! – ryknął Mateusz, nie zważając w tym momencie na elegancję języka. Widok stojącego na starcie 200SX, odległej już o kilka metrów Calibry i Roberta wpatrzonego w dziunię na starcie nie był tym, czego oczekiwał.
Wyzwanie od „ch**a” wróciło Roberta na ziemię. Błyskawicznie wbił bieg i ruszył, przy akompaniamencie pisku opon i w towarzystwie tumanów dymu.
- Za dużo ku**a gazu! Oszczędzaj te je**ne opony! – krzyknął jeszcze w kierunku odjeżdżającego Nissana Mateusz (nie liczył nawet na to, że Robert usłyszał jego ostatnią radę).
Teraz miał zamiar słuchać relacji z wyścigu za pomocą radiostacji, do której przychodziły komunikaty od „czujek”, stojących na trasie wyścigu. Cały odcinek pełen był widzów, a niektórzy z nich nadawali komunikaty na miejsce startu. Odwrócił się na pięcie.
I wpadł prosto na Mistrza…
Robert czuł, że dał dupy na całej linii. Zapatrzył się na laskę dającą sygnał do startu, i w efekcie miał około piętnaście metrów straty do Opla. Teraz ze wszystkich sił dusił gaz, ale wątpił, że zdąży wyprzedzić Calibrę przed pierwszym zakrętem…
Dres spojrzał w lusterko. Nie tego się spodziewał. Nissan w szybkim tempie odrabiał stratę. Ale frajer, który nim kierował, zje**ł start, więc przód raczej na pewno należał do jego Calibry. Pięćdziesiąt metrów do zakrętu. Czterdzieści. Przy trzydziestu nacisnął hamulec, zwalniając do sześćdziesiątki. Zaczął kręcić w lewo…
- Przepraszam, nie chciałem… - mówił ze skruszoną miną Mateusz do stojącego przed nim Mistrza.
- Spokojnie, nic się nie stało. Słuchałem, jak udzielałeś wskazówek temu gościowi w 200SX. Znasz się na rzeczy, chłopcze… - powiedział z nieskrywanym podziwem Mistrz.
- Dziękuję, ale daleko mi do pańskiego poziomu… - odparł (dumny z siebie) Mateusz.
- No, znowu bez przesady. Jaki wynik tego pojedynku typujesz?
Robert przyhamował przed zakrętem, puścił gaz i skręcił koła. Tył auta zaczął się ślizgać, ale kontrolował to. Zakręt nie był bardzo ostry, więc moment później wdusił ponownie gaz, przywracając tylnym kołom przyczepność. Z zadowoleniem stwierdził, że odległość od Calibry malała…
Dres przeszedł przez dwa następne, małe zakręty, nieznacznie zwalniając. Jego oczom ukazała się długa prosta, zakończona ostrym skrętem w prawo. Wrzucił trójkę i docisnął gaz do oporu. Potrzebował teraz całej mocy, jaką mógł wydobyć z silnika…
Robert nie próbował nawet ślizgać się na tych małych zakrętach. Jak zauważył, Calibrę nieco znosiło w momencie skręcania, w przeciwieństwie do jego 200SX. Po powrocie musi o to zapytać Mateusza. Prosta. Sprzęgło, trójka, gaz. Do Opla jakieś osiem metrów.
- Cóż, moim zdaniem o jakieś dziewiętnaście koni mniejsza moc Calibry w połączeniu z bardzo podobnymi masami powinna dać dość wyrównany pojedynek. Ale wydaje mi się, że silnik Calibry nie jest całkowicie sprawny… - dyskutował w tym czasie Mateusz z Mistrzem.
- Ta, też słyszałem nierówną pracę. Zwróciłeś uwagę na ospoilerowanie…? – zapytał Mistrz.
Wskazówka turbiny osiągnęła maksymalny poziom. Robert poczuł nagłe „kopnięcie” i wóz wystrzelił do przodu. Pięć metrów do Opla. Osiemdziesiąt do zakrętu. Postanowił spróbować manewru wyprzedzania…
- Tak, kilkanaście kilo dodatkowej masy będzie działało na szkodę Calibry. – odparł Mateusz.
- Nie tylko. Spoilery są bardzo nisko, a wóz jest dodatkowo obniżony. Przy mocniejszym naciśnięciu hamulca może zaryć przednim zderzakiem w drogę…
Kark spostrzegł, że skur**el z 200SX zaczyna go wyprzedzać.
- Po moim ku**a trupie! – krzyknął, opluwając przy okazji przednią szybę, i gwałtownie skręcił, zajeżdżając Robertowi drogę.
- Je*anee! – spanikował Robert i nacisnął hamulec. Tył Calibry, razem z jej wieśniackim zderzakiem, znalazł się tuż przed jego maską. W efekcie hamowania wskazówka turbo poleciała trochę w dół, a „kop” mocy ustał. Ponownie docisnął gaz do podłogi. Od Calibry znów dzieliło go jakieś dziesięć metrów…
- Zaryć zderzakiem? I co wtedy? – zapytał z niedowierzaniem Mateusz.
- Samo rycie nie powinno znacząco wpłynąć na zachowanie auta. W najgorszym wypadku kierowca może spanikować i stracić kontrolę. Na pewno będzie musiał hamować trochę wcześniej i delikatniej, żeby uniknąć tego efektu... - odpowiedział Mistrz, niezmiennym, nieco nawet znudzonym tonem.
Dres uśmiechnął się szyderczo. Manewr był nieczysty, ale cel uświęcał wszelkie środki. Ci*l z Nissana stracił rozpęd na tym wymuszonym hamowaniu. Ledwie kilkadziesiąt metrów do zakrętu uniemożliwi mu ponowny atak. Za to on zostawi go w pobitym polu na tym właśnie nawrocie.
- Patrz teraz, kut**ie! - powiedział, nie zważając na fakt, że przeciwnik nie może go usłyszeć. Postanowił opóźnić hamowanie do maksimum. 50 metrów do zakrętu. 40. 30. 20. Gwałtownie wdusił hamulec i szarpnął kierownicą w prawo...
Robert ze zdziwieniem patrzył, jak przód Calibry w snopach iskier leci prosto na barierkę, pomimo maksymalnie skręconych kół. Puścił gaz, przyhamował i wszedł w zakręt po wewnętrznym (chwilę wcześniej zajmowanym przez Opla) pasie.
Kark nie potrafił zrozumieć, co się do ku**y ciężkiej nędzy dzieje. Odgłos darcia metalem o podłogę go zaskoczył, ale brak reakcji auta na skręt kierownicą po prostu przeraził. Barierka odgradzająca drogę od opadającego gwałtownie w dół stoku (porośniętego gęsto drzewami) zbliżała się w zastraszającym tempie. Kurczowo trzymał kierownicę, i gdy już był pewien, że zaraz wyleci z trasy, wóz odzyskał sterowność. Spojrzał na swoje nogi - jedna z nich cały czas spoczywała na lekko wciśniętym hamulcu. Podniósł ją, zredukował bieg i wdusił gaz. Spojrzał w prawo - było już za późno. Nissan, ślizgając się nieco tyłem, właśnie go wyprzedzał...
- Ten steryd z Calibry jest dobry? - zapytał Mateusz.
- Nie, z tego, co widziałem, to typowy mistrz prostej - odpowiedział z nieukrywaną pogardą Mistrz - w downhill ścigał się raptem kilka razy, i cała jego taktyka opierała się na duszeniu gazu do oporu. No i nie rozumie chyba, że auta w układzie FF cierpią na podsterowność... dobrze powiedziałeś swojemu kumplowi z Nissana. Najłatwiej zaatakować mu będzie na zakręcie, gdzie Calibrę będzie znosić podsterowność...
Robert nie mógł uwierzyć, że udało mu się właśnie wyprzedzić przeciwnika. Co więcej, jak wnioskował z widoku z lusterek, Calibra traciła do niego już jakieś czterdzieści metrów...
Dres był wściekły na niezrozumiałe dla niego zachowanie pojazdu. Wytracił cały impet na tym felernym zakręcie, i rozpędzenie auta musiało mu chwilę zająć. 200SX coraz bardziej mu się oddalało, ale wiedział, że nie może się poddać. Nie przegra z jakimś nikomu nieznanym gnojem, który jedzie w downhill pierwszy raz w życiu. Biorąc kolejny zakręt doszedł wniosku, że wyścig się jeszcze nie skończył. Kilka zakrętów później skontastował, że to dopiero połowa. Weźmie tego sku**iela na "Patelni".
Robert spokojnie pokonywał kolejne zakręty. Hamował odpowiednio wcześniej, żeby (zgodnie ze słowami Mateusza) nie obciążać opon. Driftował tylko tam, gdzie był pewien swoich umiejętności. Co jeszcze może mu przeszkodzić w drodze do wygranej?
- Góra, tu obserwator z "Patelni", Góra, czy mnie słyszysz? - zatrzeszczała radiostacja na szczycie przełęczy.
- Słyszymy cię wyraźnie, idziesz na głośnik, co się dzieje na trasie? - odparł operator, włączając jednocześnie duży system nagłaśniający. Głos sprawozdawcy był teraz wyraźny dla wszystkich kibiców, którzy znajdowali się na starcie.
- Słychać już zbliżające się auta. Według obserwatorów z wcześniejszych fragmentów, 200SX wyprzedził Calibrę na zakręcie po drugiej długiej prostej. Twierdzą, że Calibra rozsiewała snopy iskier, i miała problemy z podsterownością...
- Miał pan rację - powiedział Mateusz do Mistrza...
- Jest, widzę ich! Nissan na przedzie, Opel jakieś trzydzieści metrów za nim. Moment, będą wchodzić w "Patelnię"... - nadawał podekscytowany obserwator.
Dres schwycił mocniej kierownicę. Odrobił nieco stratę, jadąc cholernie szybko i hamując późno, ale wszystko kosztem przedniego zderzaka. Iskry leciały na prawie każdym zakręcie. Trudno, streetracing wymaga poświęceń.
Teraz nadszedł czas na finalny atak...
Spojrzał w lusterko - Opel znowu był niebezpiecznie blisko. Robert nie mógł sobie pozwolić na wyprzedzenie pod koniec trasy, to było by upokorzenie. "Patelnia" była szerokim, ostrym i nachylonym do wewnętrznej nawrotem w lewo. 180 stopni, prawdziwa karuzela i wyzwanie. Nie próbował jej nigdy pokonać poślizgiem. Zerknął w lusterko - jego przewaga zmalała do dziesięciu metrów. Jeśli będzie chciał zwolnić i pokonać zakręt bez utraty przyczepności, to straci ciśnienie w turbo i cały rozpęd. Musiał zaryzykować drift.
Puścił gaz, zredukował bieg do dwójki i gwałtownie skręcił kołami. Dodał gazu i skontrował. Rzut oka na lusterko - udało mu się świetnie, tył auta "szedł" pod odpowiednim, nie za dużym kątem. Ale co...
- O żesz kur*a! - zaklął głośno, widząc pojawiający się w lusterku kształt...
- O żesz kur*a! - Dres był tego samego zdania. Zaczął hamować kilka metrów przed początkiem "Patelnii", wbijając praktycznie hamulec w podłogę. Skręcił koła do oporu, ale wóz znowu nie zareagował. Snopy iskier. Przybliżajacy się tył Nissana. Jęk szorującego o ziemię metalu. Wóz nie reagował. Piszczenie opon. Zaraz uderzy w konkurenta!
W ostatniej chwili tył 200SX zniknął, w cudowny dla karka sposób. Nie mógł wiedzieć, że od uderzenia uratował go rozpoczęty w tym momencie przez Roberta drift. Radość z tego faktu trwała jednak tylko krótką chwilę. Calibra prześmignęła kilkanaście centymetrów za Nissanem, i z impetem uderzyła w barierkę. Na szczęście metal oparł się uderzeniu. Tył Opla lekko podskoczył, a przedni zderzak rozleciał się na kawałeczki. Autu, którego jadowicie pomarańczowy lakier skrywał pokłady korozji, uderzenie wygięło cały przód. Pasy bezpieczeństwa pewnie uchroniły by dresa przed jakimikolwiek skutkami wypadku (uderzenie nie było bardzo silne), ale takowe kolesiom git nie przystoją. Kark przywalił więc głową o kierownicę ze znaczkiem Opla (poduszki powietrznej Cali nie miała, przyjechała jako rozbitek z Niemiec).
Wszystko ucichło. Podniósł głowę, rozejrzał się, stwierdził, że żyje...
- O kulwa - powiedział, wypluwając resztki zębów...
- Góra, tu "Patelnia". Calibra się rozbiła. Kierowcy chyba nic się nie stało. Ten właściciel Nissana jest przej*bany, - meldował sprawozdawca, nie ukrywając podziwu - uniknął uderzenia w niesamowitym stylu. Uciekł przed uderzeniem, driftując! Zaraz będzie na mecie.
- OK, "Patelnia". To musiało wyglądać zaje**ście. Mam nadzieję, że ktoś to kręcił. Chyba mamy nowy talent - odpowiedziała "Góra", przy akompaniamencie wiwatującej widowni - pomóżcie temu z Calibry, jeśli tego potrzebuje. "Góra" wyłącza się...
- Chleba i igrzysk - powiedział z sarkazmem Mateusz, patrząc na wiwatujące tłumy.
- Twój przyjaciel wygrał - odparł Mistrz - i wygląda na to, że zdobył sobie uznanie tłumów. On umie driftować? Jak długo jeździ? - Mateusz wyczuł u Mistrza nutkę zainteresowania. I podziwu dla Roberta.
- Samochodem jeździ od małego, ale tylnionapędówką dopiero tydzień - odpowiedział zgodnie z prawdą Mateusz - a driftować chyba dopiero się uczy...
- No to rzeczywiście pojawił się na Serpentynach nowy talent - powiedział Mistrz, i ruszył w stronę swojej Mazdy - miło mi było poznać, panie... - zrobił "pytającą" przerwę.
- Mateusz. - odpowiedział właściciel Sierry - Mi również było niezmiernie miło.
- No to do zobaczenia, Mateuszu. Do następnego razu na trasie... - Mistrz wsiadł do swojej RX-8, zapalił światła i odjechał w kierunku Istebnej...
2. „FF, FR i 4WD”
Autor musi jeszcze wspomnieć o jednym, bardzo ważnym dla tej historii, wydarzeniu. Zaczyna się ono dość banalnie i "polsko". Około roku 2006-tego, próbująca zdobyć poparcie młodych partia PO składa w Sejmie projekt reformy prawa drogowego. Wśród kilku nieznacznych zmian (zwiększenie ilości fotoradarów, wzrost kwot mandatów dla pieszych itp.) znajduje się tam zapis o prawu jazdy dla osób w wieku lat szesnastu. Jest to rewolucja na skalę Europy, ale nikt nie wierzy, że taki (dość ciekawy) zapis przejdzie przez głosowanie. Znowu jednak dochodzi do paranoicznej sytuacji - szukające sojuszników przy innych projektach partie socjalistyczne popierają w głosowaniu reformę PO. Sojusz PO, PSL i partii socjalistycznych przegłosowuje posłów PiS'u, zdecydowanie sprzeciwiających się prawku od lat szesnastu. Reforma zostaje (pomimo osobistego sprzeciwu) podpisana przez prezydenta i wchodzi w życie pod koniec roku 2006. W ten oto sposób, osoba kończąca pierwszy rok nauki w szkole średniej może już prowadzić samochód osobowy. Wprawdzie nałożone są na nią specjalne ograniczenia (maksimum 14 punktów karnych, specjalne, niebieskie tablice rejestracyjne i obowiązkowe badania psychiki) ale nie robi to młodzieży większego wrażenia - OSK zostają oblężone przez setki tysiecy młodych, zdających swoje pierwsze prawko...
[Akcja rozpoczyna się w ostatnim tygodniu wakacji roku 2009]
- CA18DETT, jeden i osiem dziesiątych litra pojemności, oryginalna turbina Garret T25, świeżo wymieniona. Mocy pod dostatkiem, 169 koni, no i napęd na tył - to chyba marzenie ludzi w pana wieku – zachwalał właściciel srebrnego Nissana 200SX. Wóz rzeczywiście prezentował się doskonale. Utrzymany w stylu JDM: czarna maska a’la carbon, czarne felgi no i znakomitej jakości kierownica OZ Racing. We wnętrzu królował szary welur, a deska rozdzielcza nie robiła większego wrażenia - ot kilka zwykłych przycisków i dźwigni – ale to były szczegóły. Przed Robertem stał jeden z lepszych przedstawicieli sportowych pojazdów tylnonapędowych. Szukał wozu do wyścigów górskich, i chyba właśnie go znalazł. Z taką maszyną, wręcz stworzoną do driftingu, mógł już myśleć o nocnych pojedynkach. I wyrywaniu lasek.
- Ile za niego? – zapytał, udając znudzenie. Długo oszczędzał na pierwszy samochód, chwytając się wielu wakacyjnych robót. Dziadkowie się dorzucili, a i ojciec trochę sypnął groszem, więc dysponował czternastoma tysiącami…
- Sporo zainwestowałem w ten pojazd, używałem najlepszych części…
- Do rzeczy, ile pan chce? - najważniejsze w negocjacjach było okazanie znudzenia.
- Trzynaście tysięcy.
- Mogę dać panu jedenaście, to przecież rocznik 1990… na allegro takie są warte maksimum dziesięć… - ukazywanie wad towaru, choćby i dla kupującego nieistotnych, też było dobrą taktyką.
- No to dwanaście tysięcy.
- Jedenaście i pół. To moje ostatnie słowo. – powiedział pewnie Robert. Właściciel zawahał się na chwilę. Spojrzał na auto i westchnął ciężko.
- Niech stracę, jest pański. Ale rozstaję się z nim z wielkim żalem...
Robert dopełnił formalności, odebrał komplet kluczyków i dokumenty wozu. Stał się właśnie właścicielem 169-cio konnego FR, kultowego wręcz driftowozu. Przekręcił klucz w stacyjce, a silnik obudził się z miłym dla ucha, basowym warczeniem. Wrzucił bieg i wyjechał na drogę. Ostatni tydzień wakacji planował poświęcić na opanowanie tej maszyny. Jego marzenie o zostaniu ścigantem zaczynało się właśnie spełniać...
Jacek spoglądał na stojącego przed nim Civica. Na pozór, od każdej innej Hondy Civic Sedan, odróżniały go tylko piętnastocalowe felgi firmy Ronal. Uważniejszy obserwator mógł na czarnym lakierze dojrzeć ziarna brokatu, dające ciekawy efekt błysku. Jednak prawdziwa rewolucja kryła się pod maską. Filtry stożkowe renomowanego K&N, wałki rozrządu z najpotężniejszej wersji Hondy Type R, wyścigowe sprzęgło, nowiuśki sportowy tłumik Mugena wraz z układem dolotowym AEM i wydechem kwasowym, ogromne hamulce ATE, obniżone o trzy centymetry zawieszenie Bilsten – w pojazd władowane było mnóstwo pieniędzy, ale efekt był niesamowity.
- Ile to ma koni? – zapytał.
- Mierzony ostatnio na hamowni miał 185 kucyków, i 6,5 sekundy do setki. Jak pan jest zainteresowany, to możemy się przejechać…
Jacek zdecydowanie był zainteresowany. Otworzył drzwi od strony kierowcy i stanął jak wryty.
- Skóra była szyta na specjalne zamówienie – powiedział właściciel, zadowolony z efektu, jaki czarno-czerwone wnętrze wywołało na kupującym. Rzeczywiście – wysokogatunkowa skóra robiła wrażenie.
Jacek wymościł się w fotelu kierowcy i odpalił silnik. Zmieniony układ wydechowy sprawił, że ostry, świdrujący dźwięk był pieśnią dla uszu każdego fana motoryzacji.
- Ta jednostka to "jeden-sześć" – mówił właściciel, gdy wyjeżdżali na drogę – ale moc aż czuć, nie?
Jacek poczuł moc tego auta, gdy docisnął gaz do oporu, a przyśpieszenie wbiło go w fotel. Nim się obejrzał, sunął już prawie osiemdziesiątką (w terenie zabudowanym, ale na to nawet nie zwrócił uwagi). Raptem światło na skrzyżowaniu zmieniło się na czerwone. Wdusił hamulec, a wóz zatrzymał się praktycznie w miejscu.
- Wow… - powiedział cicho.
- Chcę za niego dwanaście tysięcy – obecny właściciel uznał, że to najlepszy moment.
- Zgoda. – Jacek nawet nie miał ochoty negocjować. Wóz był wart tej ceny. Oszczędności życia i fundusze z kilku lat pracy wakacyjnej pozwalały mu na taki wydatek. Naprawdę dobry wydatek.
Końcówka wakacji zapowiadała się więc bardzo ciekawie…
Subaru Impreza, dwulitrowy bokser o mocy 135 koni. No i stały napęd na cztery koła. Śnieg, deszcz czy lód mu niestraszne – zachwalał właściciel komisu. Pojazd, o którym było mowa, fabryka polakierowała na jasnozielony kolor. Zwykłych, prostych kołpaków również nie można było zaliczyć do widowiskowych. Benedykt nie planował jednak kupić tego wozu dla wyglądu – nie po to nabywa się Imprezę. Ten wóz ma świetnie jeździć – i tylko na tym Benowi (jak mówili na niego kumple) zależało.
- Można go wziąć na rundkę? – zapytał.
- Nasz klient, nasz pan. Proszę chwilkę poczekać, zaraz przyniosę kluczyki… - powiedział szef komisu i szybkim tempem ruszył do pobliskiego budynku. Wyglądało na to, że na Imprezę znalazł się nabywca.
Benedykt wrzucił piąty bieg, a silnik ochoczo zabrał się do rozpędzania wozu. Dziewięć sekund do setki nie było jakimś wspaniałym wynikiem, ale kilka małych modyfikacji powinno poprawić osiągi. Zwolnił, wrzucił kierunkowskaz, i zjechał na skrzyżowaniu. Chwilę później odbił w boczną uliczkę. Znalazł się na szutrowej, polnej drodze. Docisnął gaz, a spod kół wyleciały fontanny piachu i kamieni.
- Ostrożnie… - jęknął cicho sprzedawca.
Auto trzymało się drogi jak przyklejone. Stały napęd na wszystkie koła sprawdzał się świetnie. Ben wchodził w zakręty bardzo szybko, ale samochód nawet o odrobinę nie zbaczał z nadawanego kierunku. W końcu nacisnął hamulec, a wóz zatrzymał się, rozbryzgując piach dookoła.
- Uff… widzę, że auto panu… - zaczął nieśmiało sprzedawca.
- Pasuje – dokończył Benedykt – dam za niego siedem tysięcy.
- Siedem?! Panie, to rocznik ’95, warty co najmniej 10 tysięcy!
- Silnik jest za słaby, jak na 10 koła. Osiem tysięcy, i ani złotówki więcej.
- OK… niech pan wróci do komisu, abyśmy mogli dopełnić transakcji. – powiedział sprzedawca. Nie zarobił zbyt wiele na tym aucie – ale nie miał zamiaru ryzykować kolejnej jazdy z tym młodym straceńcem.
Ben uśmiechnął się pod nosem. Tym (nieco niebezpiecznym) rajdem udało mu się zaoszczędzić ładnych kilka tysięcy. Miał do dyspozycji jedenaście koła, ciężko zarobione jako dorywczy sprzedawca. Osiem z nich właśnie wydał na świetny samochód…
Stał pośrodku ogromnego, zastawionego samochodami placu. Słońce grzało niemiłosiernie, zwłaszcza jak na ostatni dzień wakacji. Jego wzrok prześlizgnął się po czerwonej Hondzie Civic . Hatchback, rocznik ’95, 1,6 VTi, 160 koni. Cena: 13 tysięcy. Za drogo. Silnik B16A to potęga, a sam Civic to świetny wóz na przełęcz, ale Mateusza nie było stać na taki wydatek. Czarne Audi 80 Coupe. Siedem tysięcy. 136 koni. Benzyna… i dopalacz gazowy. Instalacja gazowa w takim pojeździe oznaczała tylko jedno: zmasakrowany silnik. Ruszył dalej. Minął pięknego Forda Cougara. Silnik V6… 24 zawory… 200 koni. Niestety, ponad piętnaście kawałków ostudziło jego zapał. Może za parę lat…
Mitsubishi Colt. 1,8 litra. Małe, niepozorne autko, kolor srebrny metalic… rocznik ’95… o w mordę. Sto czterdzieści koni pod maską. Masa 960 kilo oznaczała, że z tym silnikiem autko musiało fruwać. Sześć tysięcy złotych można było przełknąć. Obrócił się, aby zawołać właściciela komisu…
… i wtedy Mateusz dojrzał dwoje smutnych oczu, wpatrzonych prosto w niego. Niestety, nie należały one do kobiety (Mateusz bardzo sobie cenił piękne kobiece oczy, ale bynajmniej nie takie). Oczy te nie należały nawet do człowieka. Stała przed nim Sierra. Ford Sierra 2,0i. Silnik czterocylindrowy, DOHC (dwa wałki rozrządu), 120 koni. Rocznik ’93 (końcówka produkcji), coupe. Cena 2000zł wydawała się atrakcyjna, jak na wóz w naprawdę dobrym stanie (błękitny metalic, żadnych śladów rdzy, godziwe wyposażenie, blachy niewskazujące na wypadkową przeszłość), ale najwidoczniej nie było na nią chętnych – trawa powoli zaczynała zarastać oryginalne, Fordowskie felgi. Mateusz spojrzał jeszcze raz na Colta. Zastanowił się na chwilę. Sierra to FR. A gdyby tak kupić Sierrę? Owszem, wóz był dość stary, ale za taką cenę (którą pewnie uda się jeszcze stargować) była to naprawdę interesująca oferta. No i ten tylni napęd, tak rzadki w obecnych czasach. Mateusz marzył o tylnonapędówce, ale stać go było co najwyżej na dresiarskie, plujące olejem i gubiące części BMW 3 E30. A taką Sierrą mógł już zacząć uczyć się driftingu. I ten argument przekonał go do starego, szesnastoletniego coupe. Zawezwał obsługę, i po krótkim targowaniu stał się posiadaczem błękitnego Forda Sierry 2,0i DOHC, za ledwie tysiąc złotych. Usiadł w fotelu, ustawił lusterka i przekręcił kluczyk. Sto dwadzieścia koników żwawo obudziło się do galopu, a równo pracujący silnik pozytywnie nastrajał na nowy rok szkolny. I na nocny downhill…
Robert wspinał się swoim 200SX po krętych serpentynach w kierunku Wisły. Była pierwsza w nocy, ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Spał przez popołudnie, żeby być wypoczętym na tą godzinę. Zresztą, chyba sama adrenalina utrzymała by go w stanie pełnej gotowości przez całą noc. Wreszcie nadszedł czas, w którym mógł swoim własnym autem pojechać na szczyt Przełęczy, obserwować wyścigi. Cały tydzień trenował, i już zaczynał "czuć" swój nowy wóz. Potrafił nawet pokonywać lżejsze zakręty driftem – ale na większych wirażach próby driftingu nadal kończyły się ustawieniem w poprzek drogi, w tumanach dymu. Nie zrażał się jednak, i wstawał bardzo wcześnie rano, by doskonalić swoje umiejętności. Unikał w ten sposób innych ścigantów, a także ruchu ulicznego – większość okolicznych mieszkańców jeszcze wtedy spała.
Mateusz grzał silnik na poboczu. Jednostka pracowała bez zarzutu, ale przejechał tym autem raptem dwieście kilometrów. Spodziewał się, że rodzina wyśmieje jego pierwszy wóz, ale mylił się. Owszem – matka narzekała, że kupił stare truchło, które rozleci się po kilku dniach, ale ojciec z zadowoleniem przystał na prośbę Mateusza o pomoc w przeglądzie auta. Tata zawsze rozumiał jego samochodową pasję. To z nim Mateusz po raz pierwszy kierował autem – siedząc na kolanach taty i kręcąc kierownicą w drodze do garażu. Miał wtedy osiem lat. W wieku dwunastu potrafił już sam zaparkować. Mając lat trzynaście, wymykał się nocą z domu, żeby jeździć małą terenówką matki po bocznych drogach Istebnej. Raz ojciec nakrył go na tym – ale nawet go nie ochrzanił, kazał tylko uważać, żeby matka się nie dowiedziała. Nic więc dziwnego, że Mateusz zdał prawko za pierwszym podejściem, mając szesnaście lat. Na pierwsze własne auto czekał jednak aż do dzisiaj – ale taka chwila była tego warta. Może i Sierra była stara, ale jak stwierdzili z ojcem – oprócz małych ognisk korozji na podwoziu, drobnych wycieków oleju (naprawdę nieznacznych) i wymagającej wymiany kopułki alternatora, nic jej nie dolegało. Tak więc Mateusz wybierał się na Kubalonkę, i teraz czekał na swojego najlepszego kumpla. Odkąd tylko pierwsze wyścigi rozgrywały się na Serpentynach, chodzili tam razem oglądać pojedynki. Teraz po raz pierwszy mogli sami w nich wziąć udział…
Robert wyszedł na prostą i zobaczył jakiś wóz na poboczu. Czyżby Mateusz kupił… takiego starego gruchota? Zaparkował za nim, a światła oświetliły napis „Sierra” i znaczek Forda. Wyglądało to jak jakiś żart. Mateusz, największy znawca samochodów, jakiego znał, kumpel, który doradził mu kupno tak świetnego wozu, jakim jest Nissan 200SX, miał sam sobie wybrać taki złom? Robert nie umiał w to uwierzyć. Wysiadł ze swojego auta i podszedł do Forda.
Mateusz zauważył parkujące za nim 200SX. To on doradził Robertowi wybór tego pojazdu, ba – nawet wyszukał mu na allegro ten egzemplarz. Robert nie był może wielkim znawcą motoryzacji, ale w prowadzeniu niewielu mu mogło dorównać. Miał on wręcz ułańską fantazję i stalowe nerwy, a kilka ostatnich lat spędził (tak jak i on sam) na nocnych rajdach po drogach Istebnej, jeszcze jako młody smark bez prawka. To właśnie wspólna samochodowa pasja ucziniła z nich parę dobrych przyjaciół. Gdy jednak Mateusz nie potrafił się przełamać do ryzykowania i przekraczania wszystkich norm (ze zdrowym rozsądkiem na czele), dla Roberta stanowiło to całą frajdę z jazdy samochodem. Mateusz czuł, że ten facet daleko zajdzie w hierarchii kierowców – kto wie, może na sam szczyt…
- Elo stary – powitał Roberta, przybijając pięścią w pięść kumpla.
- Yo. Mati, co to za auto kupiłeś? Rodzinę zakładasz czy jak? – zaczął prosto z mostu właściciel 200SX.
- To jest Ford Sierra Mk2, bynajmniej nie w rodzinnym nadwoziu. Kupiłem ją okazyjnie za tysiaka…
- Za jednego baksa? To musi być złom jak sam sku****yn! – wykrzyknął Robert.
- Nie obrażaj tego auta. Jak na swój wiek, jest w idealnym stanie, a seryjne 120 koni jest nie do pogardzenia. Nie wiem, czy go będę przerabiał, ale ten wóz ma potencjał. No i to tylnionapędówka…
- Też masz zamiar driftować, co?
- Jasne. Po to ją kupiłem. No to jak, jedziemy na Przełęcz? Ryk słychać aż stąd… - powiedział Mateusz, bo rzeczywiście, wsłuchawszy się można było usłyszeć katowane na drugiej części Serpentyn opony i silniki.
- Na nic innego nie czekam. – odparł Robert, wsiadając do auta…
Kilkadziesiąt aut, jedno koło drugiego na parkingu. Otwarte maski i bagażniki, basy walące z zestawów car-audio. Błyszczenie felg i przepych spojlerów. Dla estety pokroju Mateusza ten widok był kiczem w najczystszej postaci. Jego interesowały auta. Oprócz zwykłych Golfów II i III, BM’ek „trójek” i Audi 80 stało tu kilka perełek. Opel Manta. Golf III z turbiną z ciężarówki (ponoć miał 300 koni, ale takie turbo musiało mieć ogromne opóźnienie). Honda CRX (świetny wóz na przełęcz). No i należąca do Mistrza Mazda RX-8. Sportowa driftmaszyna z silnikiem Wankla, dotychczas niepokonana. Ponoć Mistrz stwierdził, że gdy zostanie pokonany w downhill, kończy z wyścigami. Ten starszy (pod sześćdziesiątkę) jegomość sprowadził się do Istebnej kilka lat temu, i odkąd tylko trwają wyścigi, zawsze pojawia się na Serpentynach. Plotka mówiła, że to jakiś emerytowany, kasiasty kierowca wyścigowy, który na starość kupił sobie RX-8 i osiedlił się w spokojnej okolicy, żeby uniknąć medialnego zgiełku wokół jego osoby. Mateusz nie wiedział, jak było naprawdę, ale jednego był pewien – Mistrz jest niepokonany.
Robert chłonął atmosferę tego miejsca. Zapach benzyny i palonych opon. Porykiwania silników. Techno walące z olbrzymich głośników. Ścigantów wyzywających się na pojedynki. Ludzi z krótkofalówkami mówiących: „Droga czysta” i ruszające z piskiem auta. No i zaje***te laski w ciuchach więcej odsłaniających niż zasłaniających. W przeciwieństwie do Mateusza zaparkował w dobrze widocznym miejscu, koło innych fur, więc już po chwili wokoło zaroiło się od oglądających i komentujących jego Nissana.
- Niezła fura, młody.
- Ile to ma koni, synek?
- Ale du*ny Nissan, Rob.
- Ile to ciągnie?
- Masz w nim napęd na tył?
- Planujesz się dziś ścigać?
Robert promieniał. Wóz rzeczywiście prezentował się świetnie, i zwracał uwagę. Zwłaszcza dziewczyn…
Mateusz przyglądał się z boku lekkiemu zamieszaniu, jakie zrobiło pojawienie się 200SX jego kumpla. Jak dla niego, wyrywanie lasek i zdobywanie „respektu” przez samo ustawienie auta było żałosne. No, ale to pozerstwo to jedyny minus Roberta, który był ogólnie spoko gościem. Mateusza jednak, za kilka godzin ucznia drugiej klasy I LO im. A.Osuchowskiego w Cieszynie, ten zamęt po prostu bawił.
Jego uwagę przykuł nagle odziany w dres (z nieodłącznymi trzema paskami i napisem „Adidas”) jegomość, wyraźnie przysterydowany. Obrazu dresiarza dopełniała uzbrojona w odrapane spoilery i felgi Calibra. Chwilę wcześniej rzucił na ten wóz okiem, lubił bowiem topową wersją Calibry z napędem na cztery koła i turbodoładowanym silnikiem, ale to jaskrawe brzydactwo miało „tylko” dwulitrową jednostkę z szesnastoma zaworami – coś około 150 koni. Nic specjalnego, zwłaszcza w pomarańczowym (nierówno położonym) lakierze. Karczycho zmierzało w stronę Roberta, a jego mina nie oznaczała nic dobrego…
Robert dojrzał osiłka w dresie dopiero wtedy, gdy ten rozepchnął tłum i stanął pół metra od niego.
- Czym tu się ku**a podniecacie, niunie – powiedział drech niskim głosem – to jest przecież jakieś japońskie gówno. A japońskimi gównami jeżdżą pedałki z małymi kut**ikami...
Już w momencie usłyszenia tych słów Mateusz wiedział, że szykują się kłopoty. Robert był pewnie gotowy przywalić karkowi , ale bójką nie zdobył by raczej sympatii tłumu. Pozostawał więc tylko…
- Słuchaj synek, ty i ta twoja Calibra to możecie mojego 200SX w dupę cmoknąć. Pewnie jeszcze masz dopalanie gazowe w tym swoim szmelcwagonie, co? – Robert nie pozostał dłużny dresiarzowi.
- Chcesz ku**a w mordę, pie**olcu? Mój wózek jest zaje**sty, nie to, co to gówno! – odpalił dres, gestykulując w kierunku Nissana.
- Tylko nie zrób czegoś głupiego, Robert, tylko nie zrób czegoś głupiego... – modlił się w duchu Mateusz.
- Załóż się jebań*u, że na Serpentynach nie masz szans z moim wozem! Ten FR z palcem w dupie objedzie twoje wieśniackie FF! – wystrzelił Robert.
- Ku**a. Zrobił coś głupiego – jęknął w duszy Mateusz.
- OK, skur**synu! No to ścigajmy się! Teraz tutaj zaraz! – krzyknął dres, opluwając przy okazji zebrany dookoła tłumek gapiów.
Widownia ucichła nieco, po czym rozległy się szmery rozmów. Publiczność zaczynała już typować zwycięzców kolejnego wyścigu…
Robert wsiadł do samochodu i powoli ruszył za Calibrą na linię startu. Czekał go pierwszy w życiu downhill. Którego bynajmniej nie spodziewał się tak szybko...
Wskazówka obrotomierza przemknęła przez logo Nismo i doleciała aż do cyfry 8. Sprzęgło. Manetka. Zazębienie zębatek. Czwarty bieg wskoczył z delikatnym „klang”. Gaz dociśnięty do oporu nie robił na silniku RB26DETT większego wrażenia. Od zakrętu dzieliło go na oko pięćdziesiąt metrów. Toyota Supra przed nim strzeliła ogniem z rur wydechowych i zaczęła się ślizgać. Jej kierowca był mistrzem tej techniki driftu, zwanej „Lift-Off”. Polegała ona na gwałtownym puszczeniu gazu przed wejściem w zakręt, inicjując w ten sposób poślizg. Ale on wiedział, że trasa niebawem będzie działała na jego korzyść, a „Lift-Off” straci sens. Delikatnie musnął pedał hamulca, ale to wystarczyło, by przednie koła zostały dociążone. Dawało mu to dodatkową przyczepność, tak ważną w wyścigach górskich. Odbił w prawo. Przedni zderzak znajdował się teraz tylko kilka centymetrów od nasypu. Wóz szedł bokiem tylko chwilę, potrzebną do pokonania zakrętu – system ATTESA rozdysponował mocą pomiędzy osiami, a wóz nie tracąc prędkości wrócił na idealny tor jazdy. Gaz do oporu. Leciutki zakręt w lewo. Na takich wirażach połączenie napędu na cztery koła z napędem na oś tylną górowało nad zwykłymi RWD. Koła nie ślizgały się, wystarczyło tylko panować nad niewielką podsterownością, utrudniającą utrzymanie przodu pojazdu w właściwym położeniu. Wskazówka prędkościomierza, przy akompaniamencie ryku silnika, doleciała do 110 kilometrów na godzinę. Droga wznosiła się teraz pod niewielkim kątem, i była nieco zakrzywiona w lewo. Drzewa zasłaniały to, co znajdowało się kilkadziesiąt metrów dalej. Tylni zderzak srebrnej Supry znajdował się tylko kilka metrów od przodu czarnego wozu. Spojrzał przed siebie – droga była wolna. Czas na atak nadszedł.
Kierowca Toyoty Supry spojrzał we wsteczne lusterko – Nissan zniknął. Ale słyszał go. Czuł. Wiedział, że jest blisko. Nie mylił się. Czarna plama pojawiła się po jego lewej stronie. Jej kierowca wybrał idealny moment do ataku. Na ostatnim zakręcie musiał odjąć nogę z gazu, tak więc Suprze spadło nieco ciśnienie w turbosprężarkach. Teraz auto potrzebowało chwili, aby odzyskać pełną moc. Kierowca Skyline’a był dobry. Ale nie tak dobry, by wygrać z nim. Nie wtedy, gdy ona była na widowni. Na tym zakręcie. Za kilkadziesiąt metrów.
Czarny pojazd wysunął się już przed Suprę na długość maski. Za chwilę wiraż się skończy, a potem długa prosta, lekki zakręt w prawo i sprint do mety. I wszystko będzie jasne.
Zabłądził – to nie ulegało wątpliwości. Pierwszy raz jechał tą drogą, był środek nocy, w trasie był już od kilkunastu godzin, a sen morzył mu powieki. Ale zakład, do którego miał dostarczyć ładunek, musiał być już niedaleko – przynajmniej tak wskazywał GPS. Ale coś tu nie pasowało. Droga była całkowicie pusta, nie licząc dziesiątek młodych ludzi na poboczach i nasypach. Ci wyraźnie do niego machali. Kierowca osiemnastokołowego TIR’a nie wiedział, o co im chodzi. Wkrótce miał się dowiedzieć…
Prowadzący Suprę zauważył ją pierwszy, zaraz po wyjściu z wirażu. Kilkadziesiąt metrów. Za mało. Kurczowo chwycił kierownicę. Ale nie zwolnił.
Stała na tym zakręcie, i wszystko widziała. Zderzenie było nieuniknione. Całość rozegra się na jej oczach. Tuż przy niej. Widownia zaczęła w popłochu wspinać się na zbocze…
Deja vu. Uczucie, ze dane wydarzenie już się kiedyś zdarzyło. Że dana sytuacja już kiedyś zaistniała. Wiedział, że nie ma już ratunku, że jego Skyline musi się rozbić. Przeżywał to wielokrotnie. Sprzęgło. Bieg. Gaz. Ryk. Szarpnięcie. Pisk…
Droga Wojewódzka nr. 941 łączy Skoczów z Istebną. Nawierzchnia, jak przystało na polskie standardy, nie należy do europejskiej czołówki, a i natężenie ruchu (pomijając weekendy, w które to droga jest oblegana przez zmierzających do Wisły turystów) nie jest zbyt wielkie. W gruncie rzeczy, trasa byłaby niewarta uwagi, gdyby nie jeden jej odcinek – Serpentyny, łączące Wisłę z Istebną. Odcinek ten prowadzi przez Przełęcz Kubalonka, i liczy sobie około dziesięć kilometrów. Różnica wysokości, pomiędzy leżącą w dolinie Wisłą (430 m.n.p.m.) a szczytem Serpentyn – Kubalonką (761 m.n.p.m.) wynosi ponad 330 metrów. Trasa, niezwykle malownicza, liczy sobie kilkadziesiąt zakrętów, ostrych podjazdów, zjazdów i wiraży, a także kilka dłuższych i krótszych prostych. Droga prowadzi przez wielki świerkowy las, zaś z jednego z jej najciekawszych punktów – ostrego wirażu zwanego „Patelnią”- roztacza się niesamowity widok na Wisłę Głębce.
Wybudowana dawno temu droga doczekała się licznych remontów i usprawnień, jednak ciągły ruch, a zwłaszcza ten tranzytowy z i od granicy, dawał się ostro we znaki nawierzchni. Stan Serpentyn był coraz gorszy, aż stały się one zmorą kierowców i zawieszeń ich pojazdów. W końcu zarząd drogi nr. 941 doszedł do wniosku, że dalsze remonty nie mają sensu – i czas położyć całkowicie nową nawierzchnię, po uprzednim zdarciu starej. Prace ruszyły wiosną 2007. Firma wykonała swoją pracę perfekcyjnie, tak więc już pod koniec jesieni tego samego roku pierwszy samochód przebył drogę z Wisły do Istebnej po nowych Serpentynach.
Nie wiadomo dokładnie, kto pierwszy wpadł na pomysł, że po gładziutkiej jak deska, choć nadal bardzo stromej i krętej drodze, można się ścigać. Jedni mówią, że pomysł podpatrzony został od dostarczyciela pizzy, który swoim czteronapędowym Subaru Justy śmigał po opustoszałej w nocy drodze. Inni, że to zapatrzona w „Tokio Drift” młodzież zapragnęła dorównać bohaterom filmu. Jeszcze inni, że wszystko zaczęło się od zakładu między dwoma właścicielami szybkich wozów, o to, który z nich jest lepszy. Autor nie wie dokładnie, jak było, sam zaś dołączył do sporej grupy zapaleńców zafascynowany japońskim anime o tytule „Initial D”. Faktem jest, że idea nocnych wyścigów górskich bardzo szybko przyjęła się wśród młodzieży. Ta uczyła się w dzień i pracowała popołudniami, aby w nocy udać się na szczyt Przełęczy Kubalonka, by tam bawić się i rywalizować. Mocna złotówka i rynek zalany autami z Zachodu tylko ułatwiały dostęp do środków konkurencji…
Dość szybko wyłoniła się grupa najlepszych, którym dorównać chciał każdy. Aby uniknąć niepotrzebnego niebezpieczeństwa, na liniach startu i mety czuwały zawsze „czujki”, które ostrzegały o ewentualnych niepowołanych pojazdach na trasie. Gdy jakiś nocny marek wjeżdżał na serpentyny, ścigańci nie ruszali. Ograniczyło to do minimum sytuacje, w których dochodziło do spotkania rozpędzonych wozów z Bogu ducha winnym „cywilem”. Policja zaś, dopóki zachowane były podstawowe środki ostrożności, przymykała oko na nocne porykiwania silników na Serpentynach…
Trasę można podzielić na dwie części. Pierwszą, łączącą Wisłę Głębce ze szczytem – Przełęczą Kubalonka i drugą – prowadzącą w dół, z Przełęczy Kubalonka pod gmach I Gimnazjum w Istebnej. Ścigano się na nich w dwóch wariacjach, zwanych „Uphill” i „Downhill”. Uphill to wyścig „pod górkę”, zaś Downhill – „z górki”. Za szybszy, bardziej wymagający i wyrównany uważa się wyścig Downhill – zjazd redukuje nieco różnicę w mocach pojazdów, kładzie zaś nacisk na umiejętności i taktykę kierowcy.
Rozróżnia się wiele technik jazdy w wyścigach górskich, lecz za dwie najważniejsze uchodzą Drift i Grip. Grip to, najprościej mówiąc, styl polegający na pokonywaniu zakrętów bez utraty przyczepności, podczas gdy Drift to jego przeciwieństwo – styl ten bowiem wykorzystuje kontrolowane poślizgi, zarzucanie tyłem i jazdę bokiem, by przebyć zakręt. Obie techniki mają swoje plusy i minusy, obie też dzielą się na wiele podtechnik.
Co zaś do pojazdów wykorzystywanych w wyścigach przez przełęcz, to można je podzielić na cztery najważniejsze grupy – przeznaczone do Gripu: 4WD (silnik z przodu, napędzane wszystkie koła) i FF (silnik z przodu, napędzane koła przednie), a także stworzone wręcz do Driftu – FR (silnik z przodu, napędzane koła tylnie). Najrzadszą zaś, choć bardzo mocną grupę, stanowią pojazdy typu MR (silnik w układzie centralnym, napędzane koła tylnie). Najczęstsze i najtańsze są auta typu FF, nieco rzadsze i droższe pojazdy FR i 4WD. MR zaś spotyka się niezwykle rzadko, ponieważ są one dość drogie w zakupie i utrzymaniu – oferują jednak wręcz znakomite właściwości jezdne.
Jestem przeciwnikiem blogów. Jak dla mnie, odsłanianie faktów ze swojego życia podchodzi pod ekshibicjonizm, i powinno być ścigane prawnie. Jako że jednak jestem istotą leniwą, moje nowe opowiadanie klasowe Klasy Ie I L.O. im. A.Osuchowskiego w Cieszynie postanowiłem umieścić na blogu. Jeśli takie rozwiązanie się nie sprawdzi - założę dlań stronę internetową. Designem bloga się na razie nie przejmujcie - wrócę do domu to go do picuś-glancuś doprowadzę. Na razie - pierwszy odcinek - jeszcze bez głównych bohaterów, naszej szkoły i głównej fabuły. Pilot. Czyli wprowadzenie. Have Fun, albo zgnójcie mnie na NK, że to beznadziejne, i żebym dał se lepiej spokój.
- Lipiec - 2009

